Karolina Elbanowska, Tomasz Elbanowski

Z rodziną najlepiej wychodzi się na plakatach

Polityka prorodzinna rządu Tuska to odgrzewane kotlety przygotowane przez poprzednią ekipę, i to według przepisu z pewnej stołówki szkolnej, czyli dziesięć bochenków chleba na kilogram mięsa

Większość dorosłych Polaków pracuje charytatywnie na rzecz swojego kraju. Dniem i nocą, całymi latami, bez żadnego wynagrodzenia. Brzmi to niewiarygodnie, ale to właśnie robią rodzice. Opiekują się z miłością i poświęceniem swoimi dziećmi i niejako przy okazji wychowują społeczeństwu od maleńkości do dorosłości nowych obywateli.

Państwo może tę zupełnie wyjątkową energię społeczną potraktować dwojako. Postawić rodzinę i rodzicielstwo za wzór, dowartościować, wspierać i upowszechniać. Albo też uznać, że z zasobów darmowej energii można czerpać garściami i do woli. Lub do wyczerpania zapasów. Zapasy kurczą się szybko. W prognozach ONZ Polska znajduje się w światowej czołówce w kategorii tempa wyludniania się kraju. Przyznajmy uczciwie: kolejne polskie rządy pracowały ciężko, żeby wysoką pozycję w tym rankingu utrzymać, a może i poprawić.

Trzecia droga

We Francji, która szczyci się od niedawna nowym modelem rodziny 2+3, państwo zapewnia między innymi bezpłatne przedszkola. W polskim parlamencie postulat objęcia subwencją opieki przedszkolnej przepadł w tym roku bez echa w jednym głosowaniu. W zamian Ministerstwo Edukacji promuje niegenerujące kosztów alternatywne formy przedszkolne, które tworzyć mają sami rodzice. Podczas gdy w Wielkiej Brytanii czy Niemczech urlop macierzyński twa rok, w Polsce został drastycznie skrócony przez rząd Leszka Millera z sześciu do czterech miesięcy, dla niewspółmiernie nikłych oszczędności.

W ciągu kolejnych lat mamy dopiero mozolnie powracać do stanu poprzedniego, gdyż Polski nie stać na wzorowanie się na bogatych krajach Zachodu. Nie stać nas też na wzorowanie się na sąsiadach ze Wschodu. Becikowe wynosi na Ukrainie sześć razy więcej niż w Polsce. W Rosji pięć razy więcej niż na Ukrainie. Nasz kraj obrał własną, trzecią drogę. W polityce rodzinnej realizujemy doktrynę taniego państwa, co oznacza implantowanie rozwiązań nastawionych na oszczędzanie, promowanie bylejakości oraz narzucanie restrykcji i zakazów, które nic nie kosztują.

Tani ból

Na początku czerwca minister zdrowia podała, że NFZ nie będzie refundował znieczulenia przy porodzie i podkreśliła, że należy postawić na edukację kobiet. Rodzące mają szukać alternatywnych form walki z bólem, takich jak masaż i relaksacja. Biorąc pod uwagę, że nasze oddziały położnicze często bardziej przypominają taśmy produkcyjne niż salony masażu, widać, że edukacja kobiet będzie ukierunkowana przede wszystkim na znajomość cennika dodatkowych usług oferowanych przez szpital. Takich jak choćby prywatna opieka położnej. W ten sposób koło się zamyka, a marne becikowe płynnie uzupełnia szpitalom niedostatki z NFZ. Jak na ironię, nie tak dawno wyszło na jaw, że Polki jeżdżą rodzić do niemieckiego Schwedt. Wybuchła afera i młode matki były przesłuchiwane przez prokuratorów, jak na okoliczność przestępstwa. Dzieci przychodzące na świat w takiej atmosferze szybko doświadczają skutków realpolitik taniego państwa. Wśród obowiązkowych szczepionek refundowanych ze składek NFZ są jeszcze farmaceutyczne mamuty, wycofane przez wiele krajów w ubiegłym wieku. Zdaniem pediatrów mogą być one źle tolerowane przez wrażliwy układ neurologiczny niemowlęcia. Maluchy są też wielokrotnie kłute. Rodzice płacą więc setki złotych za nowoczesne preparaty podawane w jednym zastrzyku. Albo wychodzą z gabinetu zabiegowego z zapłakanym niemowlakiem, przytłoczeni poczuciem winy, że nie stać ich, aby zaoszczędzić swojemu dziecku bólu. Profilaktyka wydatków.

Od 1 listopada tego roku ma zostać ograniczona wypłata becikowego. Według wcielanego w życie pomysłu, jeszcze poprzedniej ekipy, kobieta która nie zgłosi się do lekarza przed dziesiątym tygodniem ciąży, nie otrzyma pomocy państwa. Restrykcja nie została połączona z żadną kampanią informacyjną, dlatego świadczenie dostaną przede wszystkim kobiety, które i tak zgłosiłyby się na badania.

Indolencja pozostałych pozwoli zatrzymać pieniądze w budżecie państwa. Równoległą pomoc w oszczędnościach zapewnia sama służba zdrowia, jako że możliwość zapisania się w ramach NFZ do ginekologa graniczy w wielu miejscowościach z cudem. Zdarza się nawet, że termin pierwszego ciążowego badania USG jest wyznaczany już po porodzie. Oczywiście ministrowie odpowiedzialni za ten stan rzeczy mogą zakrzyknąć za bohaterem wierszyka Brzechwy: “O, wypraszam to sobie! Jak to? Ja nic nie robię?”. Rzeczywiście głośno w ostatnich tygodniach o pakiecie polityki prorodzinnej firmowanym przez minister Jolantę Fedak. Zawartość projektu to jednak odgrzewane kotlety przygotowane przez poprzednią ekipę, i to według przepisu z pewnej stołówki szkolnej, czyli dziesięć bochenków chleba na kilogram mięsa. Najlepszy przykład to zasiłki rodzinne. W ciągu pięciu lat już prawie połowa rodzin straciła do nich prawo, ponieważ rząd mimo inflacji nie podnosi progu dochodowego uprawniającego do świadczeń. Zaplanowana na listopad podwyżka zasiłku o sumy rzędu 20 zł nie przeciąży więc raczej budżetu, skoro próg znowu nie zostanie zmieniony. Po prostu z systemu wypadać będą kolejne setki tysięcy dzieci.

Nie planuje się też wzrostu dodatku dla rodzin wielodzietnych, choć to właśnie one najczęściej żyją poniżej progu egzystencji i to w nich wychowuje się co trzecie polskie dziecko. Pod koniec czerwca okazało się, że pakiet nie obejmie również matek prowadzących własne firmy. W czasie urlopu wychowawczego państwo nie wpłaci ani złotówki na ich emerytury. Rząd nie przeznaczy także żadnych pieniędzy na rozbudowę sieci żłobków. Za to w ramach wprowadzania bezkosztowych rozwiązań planowane jest obniżenie standardów opieki. Dzięki temu żłobki, jak z rozbrajającą szczerością podkreśliła minister polityki społecznej, będą tańsze. W oficjalnych dokumentach rządowych taniość jest podnoszona do rangi doktryny. W strategicznym dokumencie “Polska 2030” czytamy: “wbrew obiegowej opinii jakości systemu edukacyjnego nie da się poprawić, wyłącznie zwiększając nakłady”. Takie traktowanie spraw edukacji cieszy z pewnością samorządowców, którzy także preferują politykę “dobre, bo tanie”. Na przykład w podwarszawskim Legionowie, gdzie wieloletnie zaniedbania doprowadziły do konieczności nauki zmianowej w zerówkach i zabudowania szatni na oddziały przedszkolne, wiceprezydent publicznie powołuje się na wyniki badań dowodzących, że nauka w przepełnionych klasach daje lepsze wyniki edukacyjne.

Wyprzedaż dzieciństwa

W takiej atmosferze niełatwo jest zachęcić młodych ludzi do posiadania potomstwa. Jednak jeśli ktoś zdecydował się na dziecko, to nie trzeba go już do tego namawiać. Państwo może zacząć wykorzystywać potencjał świeżo pozyskanych obywateli. Widać to dobrze na przykładzie forsowanej przez rząd reformy skrócenia dzieciństwa o 20 proc. Minister Boni w prostych słowach sformułował zasadę pomocniczości obywatela wobec państwa obowiązującą już od najmłodszych lat: “Sześciolatki muszą iść do szkoły, bez tego nie będzie miał kto pracować na nasze emerytury”. Ponadto rodzice, wysyłając dzieci do szkoły, zwalniają miejsca w przedszkolach, co pozwala nie budować nowych, kosztownych placówek. A dobro odebrane tym, którzy już skusili się na dziecko, można redystrybuować wśród tych, których jeszcze trzeba do tego namawiać.

Do tego o rok krócej państwo będzie płacić za edukację. Rodziców sprzeciwiających się takiej polityce rzecznik Ministerstwa Edukacji Narodowej oskarżył, że działają “z obawy o bezpieczeństwo [dzieci] i dla własnej wygody”. Rodzice jawią się więc w oficjalnych wypowiedziach przedstawicieli polskiego rządu jako grupa rozpieszczonych egoistów, którzy nie myślą z empatią o problemach budżetu państwa i kierują się tak niskimi pobudkami jak chęć chodzenia do pracy i troska o własne dziecko. Wyjątkiem potwierdzającym regułę braku polityki prorodzinnej, jest odliczenie podatku na dzieci. Posłowie uchwalili je w szale kampanii wyborczej 2007 roku, na ostatnim posiedzeniu sejmu V kadencji. Do dziś wielu z nich nie może tego przeboleć.

Lider polskiej lewicy Wojciech Olejniczak powiedział nam, że pieniądze z odliczenia zamiast trafiać do kieszeni rodziców, powinny być przeznaczone na finansowanie edukacji. Tego rodzaju pomysły często wspiera się formułowanym bez skrępowania argumentem, że rodzicom nie należy dawać pieniędzy do ręki, bo wielu z nich je zmarnuje lub przepije. Idąc tym tropem, należałoby rozważyć wypłacanie matkom pensji w pieluchach i tulipanach, a ojcom w gwoździach i bonach na benzynę. Czy wolno jednak poprzestać na rodzicach? Odsetek osób z różnymi zaburzeniami podobny jest chyba we wszystkich grupach społecznych, nie wyłączając polityków. Rząd tymczasem planuje dla rodziców restrykcje, przy okazji definiując rodzinę jako siedlisko patologii.

Ustawa “o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie”, nad którą pracuje Sejm, wprowadzi zakaz karania dziecka klapsem oraz da pracownikom socjalnym ponadkonstytucyjne prawo do odbierania dzieci z domu bez wyroku sądowego. Jak wiadomo zakazy i nakazy, zupełnie tak samo jak klapsy, nic nie kosztują, a do tego są rozwiązaniem niewymagającym szczególnego wysiłku. W dokumentach Rządowej Rady Ludnościowej stan demograficzny Polski określany jest przymiotnikiem “krytyczny”. Sytuacja krytyczna zdaje się domagać natychmiastowych działań. Tych jednak nie widać.

Możemy być za to pewni, że przed kolejnymi wyborami zobaczymy kandydatów na posłów i prezydentów występujących w reklamówkach wyborczych z żonami i dziećmi u boku. Wiadomo, z rodziną najlepiej wychodzi się na plakatach.

Karolina Elbanowska, Tomasz Elbanowski

Rzeczpospolita 01-09-2009

Autorzy są twórcami ruchu “Ratuj maluchy” oraz Stowarzyszenia “Rzecznik Praw Rodziców”

 

 



.:. POWRÓT .:. DO GÓRY .:.


Fotogaleria
Rodzin
Wielodzietnych

Fundacja "Głos dla Życia" ul. Forteczna 3, 61-362 Poznań, tel. 061 653 03 91, fax 061 653 03 94, e-mail: glos@prolife.com.pl